Nauczyciele – lekarze rozumu*

Każdy swój rozum ma, ale gdy ten śpi, budzą się potwory…
Całe życie osiągamy, zdobywamy, bo tego nauczono nas w szkole, że trzeba, że musimy. Bo przecież należy dobrze zdać egzamin. Potem jest przymus dostania się na dobre studia. Na uczelni młody człowiek plącze się w labiryncie akademickich wymagań, by zebrać stosowną liczbę pozytywnych ocen i zaliczeń. Kiedy wreszcie wrzuca na fejsa fotkę z dyplomem i zadowolonymi rodzicami, nastaje konsternacja. Jak to? Nie grają surmy złote? Bieg w pocie czoła ukończony, a tu nie spada z nieba grad ofert pracy? Ano, nie.
O czym myśli wówczas młody człowiek pytając w McDonaldzie: „Z keczupem, czy bez”? Ano o studiach podyplomowych. Bo najwyraźniej czegoś mu brakuje. Odlicza ciężko zarobione pieniądze i przelewa je na konto uczelni, która nierzadko nawet nie wstydzi się, że jest zwykłą fabryką dyplomów, w której akademicy bardziej przypominają młotkowych niż myślicieli. Nic to, młody człowiek się nie zniechęca, tylko w upiornym pragnieniu bycia kimś gromadzi dyplomy coraz dziwniej brzmiących podyplomówek, zupełnie jak matki chorych córek naklejki na świeżaki. Wtedy przychodzi brutalna refleksja, że studia studiami, ale przecież trzeba mieć znajomości, bo bez nich młody człowiek się nie przebije. Znajomości jednak nawiązać nie potrafi. Nie ma egzaminów z koneksji. Lubiani są tylko ludzie szczęśliwi, którzy się spełniają, a nie natrętne gady, które zawracają dupę problemami.
Quo vadis edukacjo? Będziemy czekać na nową oświeconą elitę Zamoyskich i Stasziców, którzy ogłoszą nam prawdy dawno objawione? Że takie będą, co tam będą, taka jest właśnie Rzeczpospolita, jakiej było jej młodzieży chowanie!
Jak chowamy młodzież? Zbytek fatygi. Młodzież sama się chowa przed zgorzkniałymi grymasami wiecznie niezadowolonych nauczycieli. Bo wciąż za mało, bo MUSISZ jeszcze zaliczyć, bo teraz nie mam czasu, przyjdź jutro itd. Zupełnie jakby poza jedynką i szóstką nie było żadnych innych narzędzi motywowania.

 

Nauczyciel mógłby być lekarzem rozumu. Przecież nawet, gdy chorujemy na grypę, internista przepisuje różne leki w różnych dawkach w zależności od kondycji organów, wagi, wieku itp. A co robimy w szkole? Bez względu na predyspozycje, talenty i szerokość horyzontów myślowych oraz doświadczeń rodzinnych przed wszystkimi uczniami RÓWNO rozwijamy te same kryteria, których spełnienie ma przynieść sukces! Ba, jeszcze wciąż chodzą po tym świecie belfrzy, którym przychodzi do głowy porównywanie osiągnięć: „Bardzo ładnie, ale Kasia ładniej”, „Dobrze się nauczyłeś, ale mógłbyś postarać się tak jak Mateusz”, co jeszcze bardziej nakręca dzieciaki do szczurzej rywalizacji.
Wniosek? Nauczycielu, naucz się uczyć

* nie mylić z psychiatrą.